Sopot po wyborach. W zdrowym ciele, zdrowy duch

November 17th, 2006

Charakter nowego składu Rady Miasta Sopotu można ująć w haśle „w zdrowym ciele zdrowy duch”. W dwudziestojednoosobowej radzie znalazło się 5 lekarzy, 5 nauczycieli oraz przynajmniej 4 osoby ze sportową przeszłością.

- To pozwoli radzie dotrwać bez zadyszki do końca kadencji – śmieje się Jacek Karnowski, prezydent Sopotu.
Rekordzista Jarosław Kempa (PO) zebrał podczas wyborów 993 głosy. Pobił samego prezydenta Jacka Karnowskiego, którego do rady poparło 647 wyborców.
Kempa może pochwalić się sportową przeszłością, kiedy to bił rekordy na 400 i 800 m w Sopockim Klubie Lekkoatletycznym. W polityce natomiast jest raczej długodystansowcem – radnym będzie już trzecią kadencję.
- Mieszkańcy Kamiennego Potoku i Brodwina znają mnie od dzieciństwa – mówi Kempa. – Moja rodzina związana jest z Sopotem od niemal 60 lat. Kocham to miasto i wszystko co dla niego robię, robię z pasją. Sądzę, że wyborcy to docenili.
Na tle innych radnych z pewnością wyróżnia się Henryk Hryszkiewicz, radny z komitetu Budujemy Nowy Sopot (pierwsza kadencja). To sportowiec, wielokrotny medalista zawodów kulturystycznych, medalista igrzysk młodzieży szkolnej w tenisie stołowym. Zapytany o to, co przekonało do niego wyborców odpowiada:
- 40 lat mojego życia, 32 lata sportu, 22 lata pracy w Sopocie w zawodzie, ponad 20 lat pracy z młodzieżą.
Dziś już nie tylko pracuje nad własną sylwetką, ale dzieli się z młodzieżą swoją wiedzą i umiejętnościami. Od 15 lat prowadzi w domu siłownię dla sopockiej młodzieży, przede wszystkim dla tej, która pogubiła się w życiu.
- Umiejętne dyscyplinowanie młodych ludzi przynosi efekty – mówi.
Najmłodszy radny, trzydziestoletni Paweł Orłowski (PO) medalami też pochwalić się może, tyle, że w żeglarstwie. Zajął m.in. V miejsce w Mistrzostwach Europy w klasie 420. Radny pasjonuje się filmem, teatrem niekoniecznie przed telewizorem. Statystował, m.in. w musicalu „Jesus Christ Superstar” wystawianym na Skwerze Kościuszki w Gdyni czy w „Księdze Krzysztofa Kolumba” z Danielem Olbrychskim wystawianej na pokładzie Daru Pomorza.

Autor artykułu: Izabela Heidrich

Czat. Czy czeka nas powtórka z Corhydronem?

November 16th, 2006

Gościem czwartkowego czata (16.11), który rozpocznie się o godz. 13.00, będzie Weronika Żebrowska, doktor farmacji, oficjalnie Pomorski Wojewódzki Inspektor Farmaceutyczny.

Rozmawiać będziemy o tym jak mogło dojść do podmiany leków i czy grozi nam powtórka z Corhydronem.
Przypomnijmy; prawie dwa tygodnie temu doszło do zamiany leku dla alergików i astmatyków na silnie zwiotczający mięśnie i niebezpieczny dla życia.

Zapraszamy do rozmowy

Autor artykułu: Marzena Klimowicz

Rumia. Kto molestował dziecko?

November 16th, 2006

Mężczyzna zatrzymany w ubiegłym tygodniu przez rumską policję to najprawdopodobniej nie ten, który miał dopuść się doprowadzenia do czynności seksualnych 6-letniej dziewczynki.

Przypomnijmy, że w ubiegły poniedziałek w nocy nieznani sprawcy obrzucili mieszkanie jego rodziny płonącymi butelkami z benzyną. 18-latek mimo, iż nie postawiono mu zarzutów i przesłuchano tylko w charakterze świadka, boi się wrócić do domu.
- Zwolnili go zaraz po złożeniu wyjaśnień. Ale jak ma tu wrócić, kiedy ludzie, których uważał wcześniej za kolegów chcięli spalić mu dom – pyta siostra 18-latka. – Mój brat jest niewinny, wie o tym i mama tej dziewczynki, i policja. Mała nie rozpoznała go jako tego, który wciągnął ją do mieszkania. Brat bardzo ciężko przeżył tę sytuację. Zdaniem pedagoga, pod którego jest opieką ma zdradza już objawy depresji. My, jego rodzina, też już mamy dość. Wszędzie, gdziekolwiek się pojawiamy, słyszymy szepty za plecami. Chcę, żeby policja jak najszybciej złapała prawdziwego sprawcę.
Matka molestowanej dziewczynki chce tego samego.
- Nie chce, żeby to co spotkało moją córkę przydarzyło się jeszcze innemu dziecku – mówi.
Nieoficjalnie wiemy, ze rumscy policjanci mają już nowy trop w tej sprawie, jednak na razie nie chcą ujawniać żadnych szczegółów postępowania.
- Prowadzimy intensywne czynności zmierzające do wyjaśnienia tej sprawy – zapewnia Anetta Kwidzińska, oficer prasowy policji w Wejherowie.

Autor artykułu: Agata Grzegorczyk

Informatyk w kamaszach

November 16th, 2006

Bartłomiej Cysewski, student IV roku informatyki Politechniki Gdańskiej, pomyłkowo powołany do wojska, od trzech miesięcy nie może wrócić do cywila.

- Nie ma kto mnie wypuścić – twierdzi Cysewski. – Ostatnio kazano mi pisać prośbę do Ministra Obrony Narodowej. A zajęcia na politechnice trwają już drugi miesiąc!
Student został w lipcu br. powołany do odbycia zasadniczej służby wojskowej i wysłany do Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu, gdzie uznano, że przyda się ojczyźnie jako elektromechanik pojazdów kołowych.
- Na początku sierpnia wystąpiłem skargą na decyzję Wojskowej Komendy Uzupełnień do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gdańsku – mówi Cysewski. – Sąd uchylił decyzję WKU 11 października, stwierdzając,że nie może ona zostać wykonana.
Mimo prawomocnego wyroku student ostatnio został przeniesiony do jednostki w Pruszczu Gdańskim.
Szef Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego popełnił błąd powołując Bartłomieja Cysewskiego do wojska. Sąd uchylił jego decyzję, ale student Politechniki Gdańskiej już trzeci miesiąc spędza ćwicząc musztrę w jednostkach wojskowych.
Wojskowi przyznają, że wyrok sądu nie pasuje do ustawy o powszechnym obowiązku obrony. Po miesiącu zastanawiania się, co zrobić z tym fantem, uznano, że Cysewskiego do cywila może zwolnić jedynie… sam minister Radosław Sikorski.
Bartłomiej Cysewski jest na czwartym roku studiów wieczorowych.
- Ze względów finansowych nie mogłem pozwolić sobie na studia dzienne – mówi. – Do zakończenia pozostało mi napisanie pracy dyplomowej i zaliczenie jednego przedmiotu.
Kłopoty z wojskiem zaczęły się przez… przeprowadzkę.
- Przenosząc rzeczy do innego mieszkania zapodziałem indeks, w którym były wpisy zaliczeń z VII semestru – mówi. – Nie przedstawiłem go na czas, więc skreślono mnie z listy studentów, powiadamiając od razu WKU.
Indeks się znalazł. 12 lipca br. Cysewski wystąpił do dr. Ryszarda Weisbrodta, pełnomocnika dziekana wydziału ETI o ponowne wpisanie go na listę studentów. Zgodę uzyskał.
Dwa dni później musiał stawić się w Wojskowej Komendzie Uzupełnień. Tam wręczono mu kartę powołania do wojska.
- Nie pomogły tłumaczenia, że znów jestem na studiach, a ze względu na wakacje niemożliwe jest wpisanie mnie w lipcu na listę studentów – mówi Cysewski. – Dostałem bilet do Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu, gdzie uznano, że mogę być elektromechanikiem pojazdów kołowych. Odpowiadając na mą skargę, szef Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Gdańsku, płk. Piotra Kaszuby uznał, że odręcznie napisana zgoda pełnomocnika dziekana na mój powrót o niczym nie świadczy.
Kiedy student ćwiczył w Poznaniu musztrę, rodzina sporządziła w jego imieniu skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.
Sąd zebrał się 11 października i uznał, że szef WSzW „ pozbawił skarżącego możliwości prawidłowego rozpatrzenia wniosku o zwolnienie z zasadniczej służby ” i stwierdził, że decyzja powołania do wojska nie może być wykonana.
Ale Cysewski już w wojsku był.
- Pokazałem wyrok w Poznaniu – mówi student. – Wszyscy byli przychylni, ale nikt nie mógł mnie zwolnić. Skierowano mnie do jednostki w Pruszczu. Pojechałem tam 31 października z dokumentami. Usłyszałem, że jednostka nie jest stroną w sprawie i musi mnie przyjąć .
Agnieszka Pacek, oficer prasowy w 49 Pułku Śmigłowców Bojowych w Pruszczu Gd. przyznaje: – Nie my decydujemy o przejściu pana Cysewskiego do cywila. Dokumenty wysłano do ministra obrony narodowej.
Na razie koledzy studenta chodzą na zajęcia, a on na przepustki.
- Moja praca dyplomowa to aplikacja multimedialna i wymaga zebrania wielu zdjęć i filmów na Kaszubach – twierdzi zrezygnowany poborowy. – W jednostce w Pruszczu umożliwiają mi wyjścia na uczelnię, jednak bez całodniowych wyjazdów nie zdążę z napisaniem pracy w terminie. Mam też kłopoty z pracą. Jestem zatrudniony w małej firmie sprzedającej laptopy, w czwartek usłyszałem, że trzeba będzie zatrudnić kogoś na moje miejsce. Musze też zapłacić za mieszkanie, a nie mam z czego. Wszystko się wali.
Wczoraj nikt w MON nie mógł powiedzieć, jaka będzie decyzja ministra Radka Sikorskiego. Nieoficjalnie usłyszałam, że takiej sprawy jeszcze w ministerstwie nie było.
Student czeka na odpowiedź. Wojsko ma czas – zasadnicza służba wojskowa trwa dziewięć miesięcy. Cysewskiemu zostało jeszcze pół roku.

Autor artykułu: Dorota Abramowicz

Gdynia. Casting w Teatrze Muzycznym

November 15th, 2006

Ośmiu mężczyzn i osiem kobiet. Z przygotowaniem baletowym, poczuciem rytmu, wspaniałą plastyką ruchu, dyspozycyjni i zdeterminowani. Tak ma wyglądać, formowany właśnie zespół tancerzy, którzy wejdą w skład zespołu artystycznego Teatru Muzycznego w Gdyni. Wczoraj odbył się pierwszy casting.

- Dyrekcja chce rozbudować zespół artystyczny – mówi Joanna Semeńczuk, kierownik baletu w Teatrze Muzycznym w Gdyni. – W spektaklach operujemy różnymi stylami tańca, dlatego szukamy wszechstronnych tancerzy, najlepiej zawodowców po szkołach baletowych. Osoby, które się zgłaszają często myślą, że załapią się na występy gościnne i są w błędzie. Bo nam chodzi o zespół stacjonarny dlatego szukamy osób dyspozycyjnych. To byłaby ich stała praca.
Rozciągnięcie, skoczność, uplastycznienie, kręcenie piruetów. To tylko niektóre z wymagań, jakie przed śmiałkami chcącymi występować na deskach Teatru Muzycznego postawiła Joanna Semeńczuk.
Do castingu zgłosili się tancerze trenujący funky, hip – hop, taniec towarzyski oraz gimnastyczki.
Była determinacja…
- Moim marzeniem zawsze było tańczyć na wielkiej scenie – mówi Maciej Łuczak, tancerz tańca towarzyskiego i break dance. – Świeża krew mogłaby się przydać w teatrze, wszak nie tylko balet istnieje.
Było poświęcenie…
- Myślę, że mogłam się wykazać – mówi Marta Szulc, która na co dzień tańczy funky jazz i hip hop. – Jeśli dostałabym się do zespołu, byłabym w stanie zrezygnować z dotychczasowej pracy

Autor artykułu: Ilona Truszyńska

Areopag Gdański. Rodzina i patriotyzm

November 15th, 2006

- Idziemy w Polskę być Polakami – takie było ostatnie zdanie tegorocznego Areopagu Gdańskiego, a choć wypowiedział je ksiądz, zabrzmiało przewrotnie. Nawiązywało bowiem do przeboju “W Polskę idziemy”, (“drodzy panowie, w Pol-skę idziemy, nim pierwsza seta zaszumi w głowie, drugą pijemy”), zaś rzecz się kończyła debatą nad cnotami i niecnotami rodaków. Golenie set jest wśród nich, jak wiemy, niecnotą jedną z pierwszych.

Wprawdzie moderator prof. Jerzy Bralczyk usiłował “niecnotę” zwekslować na łagodne określenie człowieka niekoniecznie kryształowego charakteru (“a to niecnota”!), jednakże współdebatujący trzymali się znaczenia “przywara”. A byli to – przeciwstawni parami – Jacek Fedorowicz o posturze tyczki chmielowej i Joanna Bartel raczej nie tyczkarka, skrywający najlepsze koncepty pod burzą włosów Juliusz Machulski i błyszczący nie tylko intelektem ale i łysiną Stanisław Tym (tępiący zawzięcie niepoprawne “tym niemniej”). Moderatorzy: wspomniany prof. językoznawca i zacytowany ks. Krzysztof Niedałtowski próbowali nimi kierować; bez widoczniejszych rezultatów.
No cóż, była to debata pożegnalna, na luzie, bardziej widowiskowa niż drążąca, a ponadto, jak się sprasza taki skład – trzeba być przygotowanym na wszystko. Dzień wcześniej organizatorzy pozwolili sobie na jeszcze większy luz, mianowicie pod postacią galowego koncertu z zaangażowaniem profesjonalistów, zapaleńców i afonów czyli widzów. O tym, że byli roboczo nazywani afonami (czyli zbiorowiskiem osób pomiędzy najprościej wtajemniczonymi w muzykę a pozbawionymi słuchu) widzowie dowiedzieli się na końcu i całe szczęście, bo może nie daliby się tak manipulować dyrygentowi całości, Piotrowi Suttowi. Kto to widział, żeby arcybiskup dzwonił na komendę jak ministrant, prezydent (jeszcze wtedy nie wiedział, że wygrał w pierwszej turze) wskazany palcem gwizdał niczym świstak, nieinstrumentalni na sygnał puszczali wiatry (ustami!). Jedynie dzieciaki nie dały się opanować i raz po raz mąciły Suttowi szyki. Brawo dzieciaki!
Sutt manipulował zgodnie ze scenariuszem Katarzyny Żelazek, ta zaś oparła się na sławnej powieści Juliusza Verne’ a “W 80 dni dookoła świata”. Muzykę wykonywali profesjonaliści, zapaleńcy i afony “grali” na instrumentach perkusyjnych, naśladując – głównie – dźwięki natury. Niemniej jednak – i tak to właściwie cud, że się udało. Radio Gdańsk zarejestrowało, może więc kiedyś coś tam puści…
@Tekst:Tegoroczny Areopag Gdański był w zasadzie ostatni (ci, co byli na ostatniej debacie podchwycą sens aluzji w tym “w zasadzie”). Może właśnie dlatego wyczuwalny był w ludziach jakiś upór, wręcz uporczywość, zaciekłość uczestniczenia we wszystkich imprezach, mniej czy bardziej zasadniczych. Ciąganie na nie dzieci. Bo ostatki, więcej nie będzie, a dzieciaków nie ma z kim zostawić itp. A może coś więcej: dopiero teraz, po siedmiu latach, wykształciła się w ludziach nowa potrzeba duchowa, której nie sprostać w przyszłości byłoby obrazą Ducha. Taką myśl poddaję organizatorom przed bilansem tego, co się wydarzyło w tym roku.

Autor artykułu: TADEUSZ SKUTNIK

Dajar sam wyszkoli potrzebnych fachowców

November 15th, 2006

Powiatowy Urząd Pracy w Miastku wyszkolił ostatnio ponad 30 spawaczy pod potrzeby firmy Dajar, producenta metalowych mebli ogrodowych. Ludzie ci jednak nie znajdą tam pracy, bo firma zmieniła zdanie i obecnie ma inny sposób na znalezienie fachowców.

- Wprawdzie złożyliśmy w urzędzie pracy zapotrzebowanie na spawaczy z uprawnieniami, ale marnie to widzę. Wolę sam wyszkolić ludzi bez uprawnień, ale żeby chociaż spawać umieli – mówi Robert Hanisz, dyrektor produkcji miasteckiej firmy Dajar, który pełni funkcję od sierpnia.
Zarząd firmy nie wierzy w fachowość bezrobotnych wyszkolonych w urzędzie, choć w ogóle nie sprawdził ich umiejętności.
- To suwerenna decyzja kierownictwa firmy i my nic nie możemy zrobić. Tych ludzi jednak na pewno nie szkoliliśmy na marne. W tej chwili jest zapotrzebowanie na spawaczy, którzy bez problemu znajdą pracę w innym zakładzie. Spawacze poszukiwani są np. w stoczniach – zapewnia Genowefa Klusek, kierownik miasteckiej filii Powiatowego Urzędu Pracy w Bytowie. – Z drugiej strony dobrze wiem jakie są wymagania pracodawców. Oni chcieliby mieć pracownika z odpowiednim stażem i umiejętnościami, a my szkolimy ludzi, którzy często dopiero zaczynają swoją karierę na rynku pracy.
Nowy dyrektor ma jednak inne oczekiwania od urzędów pracy. Twierdzi, że powinny one martwić się też o tych, którzy już pracują, ale grozi im bezrobocie.
- Urząd powinien robić wszystko, żeby ludzie, którzy teraz pracują, nie zostali jutro zwolnieni. Powinien szkolić takich pracowników na własny koszt – podkreśla Hanisz. – Jeślibym chciał przeszkolić swoich pracowników na kursach urzędowych, to powinienem najpierw ich zwolnić, a po szkoleniu znowu przyjąć do pracy – dodaje.
Dajar potrzebuje fachowców, bo firma wciąż się rozwija. Niedawno za 8 mln zł wybudowano nową halę magazynową.
- Dzięki tej hali jesteśmy bardziej elastyczni w naszej produkcji i mogliśmy już zwiększyć zatrudnienie na produkcji ze 103 do 143 osób – wyjaśnia dyrektor Hanisz. – Potencjał tej fabryki jest jednak taki, że mogłoby tu pracować od 300 do 400 osób. Wszystko zależy od tego z jakim powodzeniem będziemy sprzedawać nasze produkty na rynku – dodaje.

Autor artykułu: MATEUSZ WĘSIERSKI

Areopag Gdański: Komu dziś opłaca się przyzwoitość?

November 14th, 2006

Sto pytań w temacie przyzwoitości przewidzieli organizatorzy. Tylko pięć zdołali zadać młodzi ludzie, bo sformułowanie pozostałych uniemożliwił sam “wesoły staruszek” – jak sam siebie żartobliwie określa – prof. Władysław Bartoszewski.

Na każde zadane bowiem pytanie wygłosił mini -wykład, ubarwiony przykładami bądź anegdotami z własnego życia, liczącego 85 lat. Włączywszy wstęp i podsumowanie, dało to półtorej godziny, jak obszył. Wysłuchane w skupieniu, bez gadania i podrzemywania przez nieprzyzwoicie wielką liczbę młodych ludzi (licealiści, studenci), do których to spotkanie było adresowane.
Oczywiście nikt po profesorze, autorze wspomnień “Warto być przyzwoitym” nie oczekiwał nawoływania do nieprzyzwoitości, choć on rezolutnie deklarował, że chętnie wysłuchałby argumentacji przeciwnej. Przyzwoitość zdefiniował jako moralne minimum, którego wierzchołkiem jest wielkość lub świętość. Nic też dziwnego, że w zasięgu tej definicji znalazła się osoba i nauki Jana Pawła II. Młodzież jednak pytała o konkrety.
Czy np. nie obawia się, że młodzi, bombardowani negatywnymi wzorcami, nie będą w stanie odnaleźć tożsamości? Oczywiście, że obawia się. Nie tylko młodych, ale i “średnich” atakują codzienne głupoty. I tu rozwinął wykład o głupotach popełnianych przez wyborców, o niepojętych głupotach popełnianych przez polityków itp. Na pytanie czy być przyzwoitym równa się byciu patriotą usłyszeliśmy wywód, że on się patriotyzmu uczył jak oddychania, w każdym razie nie w szkole, na lekcjach wychowawczych czy tym podobnych. Co jest wartościowego w Polsce, żeby tu zostać, nie wyjeżdżać? On nic złego nie widzi w sensownych wyjazdach, szczególniej zaś powrotach. Na dwa pytania o autorytety, bezmyślnie niszczone, podzielił obawy, że to zgubne. Zwłaszcza, że nie wyhoduje się ich jak roślin. Kto może powiedzieć, że mamy w Polsce większy autorytet, jak Karol Wojtyła, jak prymas Wyszyński? Cieszmy się tymi, co mamy.

Autor artykułu: (tas)

Nagły zgon po zażyciu corhydronu

November 14th, 2006

Prokuratura Rejonowa w Pruszczu Gdańskim poprosiła Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego w Warszawie o zbadanie zawartości ampułki corhydronu, który w połowie października zaaplikowano 50-letniemu Wojciechowi S. z Juszkowa. Mężczyzna po podaniu leku zmarł.

Przypomnijmy: Wojciech S. stracił przytomność w przychodni w Pruszczu Gdańskim. Wezwano pogotowie. Podano mu corhydron. Pacjent dostał wówczas zapaści. Reanimacja nie przyniosła skutku. Policja zabezpieczyła materiały medyczne. Jest wśród nich ampułka medykamentu produkcji Jelfy.
- W raporcie z sekcji zwłok ekarze z Zakładu Medycyny Sądowej napisali, że przyczyną zgonu była ostra niewydolność oddechowo-krążeniowa. Nikt jednak wówczas nie wiedział, że zawartość ampułek corhydronu może nie zgadzać się z etykietą – mówi Teresa Rutkowska-Szmydyńska, prokurator rejonowy w Pruszczu Gdańskim. – Zleciłam specjalistyczne sprawdzenie zabezpieczonych pojemników. Wyniki mam otrzymać 17 listopada. Wówczas zapadnie decyzja, czy drobiazgowo zbadane zostaną wycinki ciała Wojciecha S., które są już zabezpieczone.
Śledczy sprawdzają jednocześnie dokumentację medyczną, którą przekazała dyrekcja pruszczańskiego pogotowia.
- Podanie corhydronu nie miało wpływu na zgon mężczyzny. To był nieszczęśliwy zbieg okoliczności – uważa tymczasem Beata Groth, dyrektor pogotowia w Pruszczu. – Odnotowaliśmy dwa przypadki niepożądanego działania tego specyfiku w czerwcu, co zgłosiliśmy odpowiednim instytucjom. Tej sprawy nie łączyłabym z corhydronem. Jesteśmy jednak gotowi na pełną współpracę z prokuraturą.
Na podstawie informacji z aptek ustalono, że corhydron został przepisany ponad 500 osobom z Pomorza. Wojewoda pomorski nakazał, by jak najszybciej dotrzeć do wszystkich pacjentów i poinformować o potencjalnym ryzyku. Policja od czwartku do niedzieli, także w środku nocy, pukała do drzwi zaskoczonych ludzi.
- Do nas zadzwonili w piątek w nocy o godzinie 2.45 – mówi Czytelniczka z okolic Pruszcza. – Kazali wyjść mężowi na balkon, zobaczyliśmy radiowóz i trzech policjantów, którzy pytali, czy bierze ten lek. Mąż jest chory na astmę i tak się zdenerwował niespodziewaną wizytą, że dostał ciężkiego ataku duszności. Corhydronu już od dawna nie mamy w domu.

Autor artykułu: ARKADIUSZ GANCARZ

Groził pogranicznikom, że poderżnie im gardła

November 14th, 2006

Dwóch Ukraińców oraz Polkę, mieszkankę Słupska, zatrzymali funkcjonariusze Morskiego Oddziału Straży Granicznej z Ustki. Zlikwidowali kolejny w regionie kanał przerzutu obywateli Ukrainy do Unii Europejskiej.

- W Świecku, Słupsku i Ustce funkcjonariusze Straży Granicznej z Ustki zatrzymali trzy osoby, w tym Ukrainkę, która chciała przekroczyć granicę polsko–niemiecką i wyjechać do Wielkiej Brytanii – mówi kmdr por. Grzegorz Goryński, rzecznik prasowy komendanta Morskiego Oddziału SG. – Ukrainka posługiwała się polskim paszportem. Podczas akcji została zatrzymana także 33-letnia mieszkanka Słupska oraz 31-letni obywatel Ukrainy, którzy organizowali innym osobom nielegalne przekraczanie granicy.
Z informacji, jakie udało się nam uzyskać wynika, że Ukrainiec był bardzo agresywny.
- Podczas zatrzymywania groził funkcjonariuszom, że im „poderżnie gardła” – dodaje Goryński. – Wszyscy zostali zatrzymani do dyspozycji prokuratury.
W słupskim sądzie toczy się już rozprawa przeciwko zatrzymanej kilkunastoosobowej grupie Polaków, którzy organizowali przerzut obywateli Ukrainy na podstawie sfałszowanych, polskich dokumentów do Wielkiej Brytanii i Włoch. Wśród zatrzymanych jest m.in. były policjant ze Słupska, który wykradał dokumenty bezdomnym oraz nietrzeźwym. Na ich podstawie dokonywano przerzutów do Europy. Koszt wyprawienia uciekiniera z Ukrainy to 2 tys. euro.

Autor artykułu: (KLOTZ)